Bitwa pod Grunwaldem (15 lipca 1410), była jedną z największych bitew średniowiecznej Europy. Stoczona między wojskami Zakonu Krzyżackiego pod dowództwem wielkiego mistrza Ulricha von Jungingena, a połączonymi siłami polskimi i litewskimi pod dowództwem Władysława Jagiełły, zakończyła się miażdżącym zwycięstwem tych drugich. Choć jej znaczenie było ogromne, to zwycięstwo nie zostało do końca wykorzystane. Złamała co prawda potęgę zakonu i wyniosła dynastię Jagiellońską do rangi najważniejszych na kontynencie, lecz ten sam sukces przyczynił się, do poważnego kryzysu w stosunkach polsko-litewskich. W efekcie król Litwy, obawiając się zwiększenia znaczenia Polski w Unii, opóźnił pościg za niedobitkami wojsk krzyżackich i ostatecznie nie zdobył osłabionego Malborka. Ostatecznie upadek Zakonu Krzyżackiego dokonał się znacznie później, niż mogłoby to nastąpić przy zwartej reakcji wojsk Polsko-Litewskich.
Tegoroczna jubileuszowa inscenizacja bitwy, na pewno porażała ilością biorących w niej udział rycerzy. Było ich aż 2200. Pojawiły się bractwa z wielu krajów Europy (m.in. Czech, Portugalii, Finlandii), a nawet z USA. Dodatkowym, niewątpliwym sukcesem organizatorów, było ściągnięcie na miejsce setek najlepszych rzemieślników (krawców, kowali, płatnerzy, kaletników, szewców i innych specjalistów od zaopatrywania rycerstwa w najbardziej potrzebne artykuły) nie tylko z Polski, ale całej Europy.
Sam przebieg bitwy nie porażał widowiskowością. Było raczej spokojnie i przewidywalnie. Zapewne żar bijący z nieba, miał w takim stanie rzeczy swój udział. Mimo sporej ilości rycerzy, potyczka nie zyskała na monumentalności. Pojedyncze starcia zdradzały ewidentnie, iż mamy do czynienia jedynie z inscenizacją, a nie rekonstrukcją, oraz, że sami rycerze przede wszystkim dobrze się bawili. Gdzieś uciekł w tym wszystkim sam duch, jakże istotnej i legendarnej już bitwy. Co ciekawe uciekł podczas niej, natomiast nie brakowało go w obozie rozbitym przez bractwa. Być może więc, wina leżała nie tyle po stronie samych inscenizujących, co po prostu po stronie słabego scenariusza widowiska. Zabrakło gdzieś w tym wszystkim zgrania, momentami pojawiał się wręcz chaos, zauważalny dla kogoś, kto o tej bitwie jakieś teoretyczne pojęcie posiada. Dla kogoś, kto jednak tylko chciał po prostu obejrzeć widowisko od strony czysto estetycznej (stroje, zbroje i chorągwie wyglądały bardzo okazale) inscenizacja przygotowana była bardzo dobrze.
Niewątpliwą porażką tegorocznych obchodów była organizacja nie tyle samej bitwy, co ta dotycząca wprost turystów i miłośników historii przybyłych licznie, bo było ich ponad 100 tys. Widok na pole bitwy mieli ograniczony - mimo wielokrotnych próśb turyści z pierwszych rzędów wstali, zasłaniając widok tym z tyłu. Wiele osób nie zdążyło na bitwę, stali po wiele godzin na zakorkowanych drogach dojazdowych. Kto wyruszył z Olsztyna po godz. 10, nie miał szans dotrzeć na czas. W trzydziestokilometrowym korku utknęły tysiące samochodów, m.in. kilkaset samochodów z Litwy. Z wyjazdem po bitwie także było wyjątkowo ciężko. Kolejka samochodów, które wyruszyły tuż po bitwie jednokierunkową droga do Stębarka jeszcze po godz. 16 prawie się nie poruszała. Karetki jadące pod prąd miały duże problemy z przedostaniem się przez korek i gąszcz pieszych, co dodatkowo było problemem już nie tylko logistycznym, ale i mającym wpływ na bezpieczeństwo imprezy.
Sama idea inscenizowania Bitwy pod Grunwaldem, jest ideą godną pochwały, lecz powinno się za to zabrać od innej strony. Dzisiejsza rzeczywistość wymaga od tego typu imprez zachwycania widza estetycznym przepychem, mimo to jednak, znacznie większy nacisk, winien być położony na wątek historyczny. W końcu nie chcemy, aby za jakiś czas tak ważna historycznie dla Polski bitwa, kojarzona była jedynie z pustą frazą o dwóch nagich mieczach, lecz by i znajomość całej jej symboliki była powodem do dumy i tożsamości narodowej każdego nowego pokolenia.
Rafał Materek